niedziela, 15 lipca 2018

Językowy masochizm.

   Trzeba do nich dojrzeć. Lizane przez szybę nie dają radości, a szkoda, bo tak byłoby przecież najprościej. Tymczasem wydobywają na zewnątrz chowane z namaszczeniem nieśmiałość i lęk przed popełnianiem błędów; przyprawiają o gęsią skórkę wystawiając na próbę autoironię i dystans, który powinniśmy mieć przede wszystkim do samych siebie. Odzierają bezczelnie i dokładnie z pozorów poprawności (bynajmniej nie tej politycznej) i patrzą z góry na pierwsze niepewne kroki stawiane po omacku gdzieś między pierwszą a drugą deklinacją lub co gorsze, trybem warunkowym. Kto chciałby je zapraszać gdziekolwiek, a już zwłaszcza do domowych pieleszy? Do masochizmu nie wolno się przyznawać, bynajmniej nie tak otwarcie! 

   Jedne z podstawowych źródeł frustracji. I może jeszcze autokrytyki, tej pielęgnowanej starannie na czarną godzinę w której pierwszy lepszy powód będzie wystarczający. Idealnie zakorzenione w problemie porównywania się z innymi, w którym, paradoksalnie, grają pierwsze skrzypce.

 I nie, nie zapewniają kursu samoobrony. 

   Jednak kiedy oswajają ci świat z taką pieczołowitością i zaangażowaniem, jak im się oprzeć? Jak przejść obojętnie? Jak nie przysiąść nad słownikiem, nie wertować każdej strony, nie analizować kontekstów?
 A kiedy przybliżają cię do drugiego człowieka, jak nie dać się im zniewolić, nie objąć pod wpływem impulsu, nie ugłaskać? 
Kiedy łączą w tak zwanym międzyczasie z tym, co inne i dla wielu gorsze, bo niepoznane, w mózgu mam coś na kształt roju pszczół, które, dzięki Bogu, osładzają codzienność.

Pozbawić się tego, to jak pozbawić się kolorów w tym świecie dla tak wielu niestety szarym. 
Choć tęcza dzisiaj budzi już tylko kontrowersję.