czwartek, 29 marca 2018

Twoje życie zapaliło moje.


   Czuję, że jeśli nie wypiszę z siebie tej niesprawiedliwości to nie uspokoję serca. Zawsze sprowadza mnie tutaj pewnego rodzaju smutek, z którym nie umiem sobie poradzić dopóki go nie nazwę i nie wpiszę w pewne ramy, ale też masa pytań, które sobie stawiam. Od czterech lat prawie codziennie oprócz zajęć na uczelni z naprawdę genialnymi profesorami, włoskiego uczył mnie Fabrizio Frizzi. Mężczyzna pod sześćdziesiątkę, prowadzący programu L'eredità. Zaczynając na poważnie swoją przygodę z tym językiem pewnego dnia zapuszczając się w daleki las kanałów telewizyjnych dotarłam do RAI1. Leciał teleturniej. I choć nic jeszcze wtedy nie rozumiałam, no może poza garścią słów, zostawiłam. Zostawiłam by przez kolejne lata spędzać w ten sposób prawie każdy wieczór. Mój włoski rytuał polegał na tym, że siadałam przed komputerem z kubkiem herbaty i notesem w kratkę by wypisywać wszystkie nowe słówka, zwłaszcza te z języka mówionego, których nie nauczą mnie żadne podręczniki. Z dnia na dzień rozumiałam coraz więcej, z czasem mogłam się już bawić na całego odpowiadając na pytania z uczestnikami. Miał akcent i barwę głosu, które działały uspokajająco. Wiem, że to głupie tęsknić za kimś kogo nie znało się osobiście, ale jak się nie przyzwyczaić? Jak nie czekać, skoro 25 marca pożegnał widzów A domani (do jutra)? Uczył mnie mojego języka. Nie da się opisać tego co czuje człowiek, który znajduje swój język. Swój język serca. Radości z każdego nowo poznanego słowa, z każdego odkrytego skrawka historii kraju, który staje Ci się drugim domem. To było, jest i będzie dla mnie bardzo ważne, a Fabrizio był tego częścią.

    Ostatnio odkrywam w sobie nową wrażliwość. Uczę się akceptować łzy na wieść o śmierci 60- letniego mężczyzny gdzieś tam we Włoszech, który zostawia po sobie ocean dobra i życzliwości. Na wieść, że zostawia ukochane kobiety - 24 lata młodszą żonę i 5 letnią córeczkę. Uczę się nie wstydzić, że mnie to dotyka, że mnie to, kurde, rozdziera bezczelnie i dokładnie. Uczę się pozwalać sobie na smutek, kiedy czytam o jego nieokiełznanej radości na wieść, że zostanie tatą, że jego córka ma na imię Stella (Gwiazda), że teraz on tą gwiazdą się stanie dla niej.

   Myślę, że nie bez powodu Włosi o kimś kto zmarł mówią: si è spento. Zgasł. Zgasł, bo świecił swoim życiem, dobrem, uśmiechem. I ja też bym tak chciała. Cholera. Chciałabym dla ludzi świecić i czynić im ten świat lepszym. Czuję, że powoli budzę się do dobra. Do czułości za nic. Do uśmiechu bo tak.

   Więc jeśli fenomen internetu dotarł też do Nieba, wiedz, że Twoje życie zapaliło moje, Fabrizio; że podam dalej dobro, które stworzyłeś tu na ziemi; że się nie poddam tej obojętności, która zaczęła rządzić światem. Matko kochana, jak warto jest być dobrym! I tego Wam, życzę w te święta Wielkiej Nocy - dobra za nic. Miłości do świata i do drugiego człowieka.