niedziela, 30 września 2018

Życie jest takie proste.

   Życie jest takie proste. I takie piękne. Rozkoszuję się tymi banalnymi słowami pijąc malinową herbatę z ulubionego kubka. Robi się już jesiennie i kolorowo. Przez otwarte okno wpada zapach październikowego chłodu. Uśmiecham się do siebie i nie jest to wcale wymuszony uśmiech. 

   Dopiero niedawno zrozumiałam, że tak skutecznie utrudniałam sobie życie przez ostatnie lata. Rezygnowałam z ulubionych ubrań, bo bałam się krzywych spojrzeń. Nie wychodziłam na spacery lub pobiegać, bo nie chciałam, żeby ktoś o mnie plotkował. Bałam się nawet wyjść do sklepu, żeby się z kimś nie spotkać i nie usłyszeć, że przytyłam. Zamykałam się za to w swoim, jakże bezpiecznym z resztą, towarzystwie, krok po kroku pozbawiając życia o jakim marzyłam. Myślę, że mój introwertyczny charakter (którego długo nie mogłam zaakceptować, obwiniając się o "dzikość" i "aspołeczność") i wrodzona niepewność siebie miały w tym wszystkim swój zbędny udział. Łatwiej przecież zamknąć się w domu z paczką chipsów i serialem niż zrobić coś dobrego dla siebie, rozwijać się, otaczać szeroko rozumianą kulturą i sztuką.  I pięknymi ludźmi.

   Przełomowe były ostatnie trzy miesiące. Koniec studiów, nowe relacje, podróż do Włoch, zrzucenie 10kg i dużo czasu w samotności. Niby niewiele, ale wystarczyło, by na życie spojrzeć z innej perspektywy.

   Może to głupie i śmieszne, ale odkąd zrozumiałam swoje autodestrukcyjne podejścia do świata i do drugiego człowieka i odkąd zaczęłam z nim walczyć i opiekować się sobą, żyje mi się łatwiej i czuję się szczęśliwa. Mogę wstać rano, wyjść w piżamie do ogrodu i napić się kawy chodząc boso po trawie, mogę pójść na długi spacer bez telefonu, mogę w końcu czuć się dobrze ze sobą, z tym co o sobie myślę i z tym jaka jestem, mogę podzielić się czymś na fejsbuku i nie uzależniać swojej wartości od ilości lajków. W gronie swoich przyjaciół i znajomych mam takie osoby, z którymi mogę rozmawiać godzinami, które mnie inspirują i motywują, które szanują mój czas i z którymi z przyjemnością idę do muzeum czy na kawę. 

   Kto by pomyślał, że do tego wszystkiego potrzeba mi było 360 km wychodzonych tego lata, jeziora Como i wieczoru z Rosjanką spędzonego na łuskaniu słonecznika i szczerej rozmowie. Życzę Wam znalezienia własnej recepty na szczęście. I niech pachnie pysznym, domowym jabłecznikiem.